• Wpisów:8
  • Średnio co: 10 dni
  • Ostatni wpis:42 dni temu
  • Licznik odwiedzin:1 478 / 96 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Na wstępie znowu przepraszam za moją nieobecność. Wytłumaczę się tym, że starałam się korzystać z ostatnich dni wakacji, a potem ogarniałam jeszcze trochę szkołę. Ale teraz jestem z powrotem i drugi raz obiecuję, że postaram się tu bywać częściej. Zobaczymy jak mi pójdzie tym razem.
Ale, przejdźmy już do tematu wpisu.

Filmy często opierają się na akcji, szybkim tempie i popychaniu fabuły do przodu. Nie jest to oczywiście żaden minus, a jedna z zasad, na których można oprzeć swoje dzieło oraz coś, co właściwie po prostu wydaje się prawidłowe. Jesteśmy przygotowani na zwroty akcji i ich oczekujemy, zwykle zresztą po to, by w końcu je dostać. Kiedy film jest spokojny, w głowie pojawia się czasem myśl, że w końcu coś się stanie, do czegoś dojdzie.
Nie zawsze każde wydarzenie czy zdanie prowadzi do czegoś, nie zawsze wszystko ma dla fabuły duże znaczenie, ale zwykle jednak dostajemy kilka określonych punktów w filmie, do których scenariusz, mniej lub bardziej na około, nas prowadzi. Filmy mają początek i zakończenie - czasem możemy dopowiedzieć sobie, co było wcześniej lub co będzie dalej, ale zwykle historia nie zaczyna się w przypadkowym momencie.
Jima Jarmuscha nie można jednak zaliczyć do twórców, którzy powtarzają utarte już przez wielu schematy i przestrzegają niepisanych zasad.
Po tym wstępie przedstawię Wam więc recenzję jego najnowszego filmu - "Paterson".



Tytułowy bohater to młody mężczyzna, kierowca autobusu noszący nazwisko takie jak nazwa miasta, które zamieszkuje. Żyje w szczęśliwym małżeństwie, ma psa, wieczorami chodzi na piwo, gdzie spotyka swoich znajomych, codziennie rano wstaje do pracy, a w przerwach pisze wiersze.
Paterson to człowiek taki jak my wszyscy. Nie jest wcale jakimś specjalnie nadzwyczajnym bohaterem, na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się spośród ludzi, których mijamy codziennie na ulicach. Paterson to zwyczajny gość, który zwyczajnie jest szczęśliwy.
Fabuła filmu skupia się na kilku dniach z jego życia, zupełnie przypadkowo wybranych, tak jakbyśmy zostali wrzuceni do środka historii. Nie poznajemy jego przeszłości, ani życia innych bohaterów za wyjątkiem jego żony - jesteśmy tylko my, Paterson i to jego spokojne życie.
Ten film jest w zasadzie o niczym, ale w tym swoim byciu o niczym jest naprawdę dobry.
To się po prostu przyjemnie ogląda. Obserwujemy losy głównego bohatera z uśmiechem na twarzy, bo właśnie to ten film wywołuje. Jest pozytywny, podnosi na duchu i pozwala się odprężyć. Nie musimy się na nim nawet szczególnie skupiać, żeby zrozumieć to, co ma nam do przekazania.




Oprócz bardzo dobrej, acz oczywiście specyficznej reżyserii i takiego samego scenariusza dużą rolę odgrywa tu naprawdę świetna praca kamery i zdjęcia, które idealnie wpasowują się w klimat filmu. Muzyka również buduje atmosferę.
Na oklaski zasługuje tu przede wszystkim Adam Driver, młody aktor znany z filmów takich jak "Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy", "Co jest grane, Davis?" braci Coen czy "Milczenie" Martina Scorsese. Osobiście naprawdę lubię tego aktora i trzymam kciuki za jego dalszą karierę, a rola w "Patersonie" jest jego jak na razie chyba najlepszą. Pasuje do niej i kreując postać gra naprawdę oszczędnie i delikatnie, co wypada rewelacyjnie.
Dobrze spisuje się też druga najważniejsza rola, czyli Golshifteh Farahani jako Laura, żona Patersona. W duecie wypadają naprawdę nieźle i tworzą z pary bohaterów związek, który możemy polubić.



Główny powód, dla którego warto obejrzeć "Patersona" to właśnie ten spokój, powolne tempo i nietypowa fabuła, a właściwie jej brak. To dobre doświadczenie, bo film prezentuje nam coś zupełnie innego od tego, co oglądamy zazwyczaj.
 

 
Dzisiaj trochę luźniejszy wpis, bo nie dotyczący żadnego konkretnego filmu, a kolejny z serii "moje ulubione". Ostatnio wypisałam ulubione filmy, teraz pora na aktorki.
W najbliższym czasie możecie spodziewać się takiego wpisu o aktorach, ale to będzie coś dłuższego, haha.
Bez przedłużania, zaczynajmy. Kolejność oczywiście przypadkowa.




Jennifer Jason Leigh
Jeśli miałabym wybrać jedną ulubioną aktorkę, mój wybór padłbym na Jennifer. Pierwszy raz widziałam ją w "The Hateful Eight" (2015) Quentina Tarantino, za którą to rolę dostała nominację do Oscara, jednak nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Doceniłam jej grę aktorską, poza tym jednak nie zwróciłam na nią większej uwagi.
Zmieniło się to po obejrzeniu "The Hudsucker Proxy" (1994) braci Coen, gdzie wystąpiła obok tak wspaniałych aktorów jak Paul Newman i Tim Robbins i grała równie świetnie. Gdy obejrzałam "The Hateful Eight" drugi raz byłam już w niej zupełnie zakochana. Właśnie te dwie jej role należą do moich ulubionych.
Dodatkowo uważam, że jest naprawdę piękną kobietą.




Laura Dern
Po raz pierwszy teoretycznie widziałam ją w "Gwiazd Naszych Wina" (2014), ale gdy oglądałam ten film zupełnie jeszcze nie interesowało mnie kino. Szczerze mówiąc, kiedy zaczęłam trochę zgłębiać się w jej twórczość nawet jej stamtąd nie kojarzyłam. "Świadomie" po raz pierwszy zobaczyłam ją w "Wild At Heart" (1990) Davida Lyncha, gdzie była niesamowita i naprawdę śliczna. Ostatnio zachwyca też jako Diane Evans, która nareszcie pojawiła się we własnej osobie, w nowym sezonie Twin Peaks.



Naomi Watts
Wydaje mi się, że pierwszy raz widziałam ją w "Birdmanie" (2014), jednak tak jak w przypadku powyżej było to jeszcze przed moją fascynacją światem kina. Mimo że film bardzo mi się podobał i koniecznie muszę go zobaczyć jeszcze raz, to Naomi raczej nie zapadła mi w pamięć.
Polubiłam ją w filmie "21 gramów" (2003), gdzie aktorstwo w ogóle było na bardzo wysokim poziomie. Cały film mocno złapał mnie za serce, a każdego z trzech bohaterów polubiłam, co było też zasługą aktorów.
Moją ulubioną rolą Naomi jest rola Betty/Diane Selwyn w "Mulholland Drive" (2001) Davida Lyncha, które obejrzałam niedawno. Gra tam naprawdę cudownie i bardzo dobrze rozdziela swoją grą dwie części historii w tym filmie, ale nie mówię więcej, żeby przypadkiem nie zaspoilerować.
No i muszę też wspomnieć o jej roli Janey-E Jones w nowym sezonie Twin Peaks, bo chociaż nie jest ona za duża, to Watts wypada w niej naprawdę ciekawie.




Jessica Chastain
Z Jessicą mam mały problem, bo chociaż ją uwielbiam, to czasami grywa średnio. Mimo to mam do niej ogromny sentyment, bo była moją pierwszą ulubioną aktorką, więc nie może jej zabraknąć na tej liście.
Pierwszy film z jej udziałem jaki widziałam to "Marsjanin" (2015) i od razu ją polubiłam. Bardzo mi pasowała do roli Melissy Lewis patrząc na tą postać w książce. Oglądałam z nią kilka filmów i chociaż w większości grała dobrze to ostatnio straciła w moich oczach rolą w filmie "The Zookeeper's Wife" (2017), który cały moim zdaniem nie był zbyt dobry.
Uwielbiam ją w "Zero Dark Thirty" (2012) i "Miss Sloane" (2016), gdzie gra naprawdę, naprawdę dobrze.



Frances McDormand
Pokochałam ją w "Fargo" (1996) i to właśnie ta rola jest moją ulubioną w jej wykonaniu. Postać Marge jest fantastyczna i to jedna z moich ulubionych filmowych postaci, a gra aktorska Frances w tym filmie jest naprawdę rewelacyjna.


Patricia Arquette
Kiedy tylko obejrzałam "Prawdziwy romans" (1993) od razu wiedziałam, że ją polubię. Jako Alabama była cudowna, tworzyła świetny duet z Christianem Slaterem. Bardzo podoba mi się też jej uroda oraz głos.
Równie bardzo lubię ją w "Bringing Out the Dead" (1999), o którym zresztą już tutaj pisałam. Jest tu wspaniała w duecie z Nicolasem Cage'm.



Rebecca Hall
Tutaj właściwie nie ma dobrego wytłumaczenia - ja ją po prostu z jakiegoś powodu lubię. Nie wyróżnia się może jakoś szczególnie, ale uważam, że jest dobrą aktorką. Pierwszy raz widziałam ją chyba w "Iron Manie 3" (2013), gdzie była całkiem niezła. Najlepiej grała chyba w "Prestiżu" (2006), ale osobiście bardzo lubię ją też w filmie "The Gift" (2015).




Kelly Macdonald
Kelly darzę mniej więcej taką samą sympatią jak Rebeccę. Jest niezła w "No Country for Old Men" (2007) i pasuje do roli Carli Jean, jednak jej rola tam nie jest na tyle duża, by mogła się szczególnie wykazać, podobnie zresztą jak w filmie "Trainspotting" (1996), mimo to w obu tych produkcjach bardzo ją lubię. Najbardziej wyróżnia się chyba w serialu "Boardwalk Empire" u boku wspaniałego Steve'a Buscemiego.


To byłoby na tyle. Mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam. Jest jeszcze mnóstwo aktorek, które cenię, jednak na razie nie mogę ich jeszcze zaliczyć do "ulubionych".
Dajcie znać jakie aktorki Wy lubicie najbardziej i czy podobają Wam się wpisy tego typu, czy wstawiać je jakoś częściej czy zostać przy klasycznych recenzjach.
Dzięki za przeczytanie!
  • awatar Sophie Newandyke: @Alex Spring: Cieszę się w takim razie i czekam na coś podobnego u Ciebie! Tu się zgodzę, starsze pokolenie jest pełne świetnych aktorek i aktorów.
  • awatar Alex Spring: Lubię takie wpisy, sama zastanawiam się nad podobnymi ;) Ja lubię aktorki starszego pokolenia, mojej mamy można rzec: Demi Moore, Michelle Pfeiffer, Sandra Bullock ...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
David Lynch cieszy się sławą jednego z najbardziej kontrowersyjnych reżyserów, jacy kiedykolwiek działali w świecie kina. Jego nazwisko przywodzi na myśl chociażby takie filmy jak "Mulholland Drive", "Zagubiona autostrada" czy "Blue velvet" albo kultowy serial, obecnie wznowiony po 27 latach "Miasteczko Twin Peaks".
Jego filmy dzielą widownię - jedyni oglądają je z zachwytem, uważają za swego rodzaju arcydzieła w sztuce filmowej, snują coraz to ciekawsze i bardziej skomplikowane teorie tłumaczące, o co tak naprawdę chodziło. Drudzy omijają je szerokim łukiem, mówią o nich jako o czymś za bardzo poplątanym czy czasami nawet obrzydliwym (jak na przykład mówi się czasem o "Głowie do wycierania" ).
Czego by jednak o Lynchu nie mówić, nie można powiedzieć, że nie jest reżyserem wszechstronnym. Obok filmów najbardziej kojarzonych z jego nazwiskiem tworzy też dzieła, na które jego przeciwnicy nie powinni narzekać - takie jak na przykład oparty na prawdziwej historii czarno-biały "Człowiek słoń", ekranizacja powieści Franka Herberta "Diuna" czy właśnie "Prosta historia".



Polskie tłumaczenie nie do końca oddaje sens tytułu. W oryginale brzmi on "The Straight Story", czyli nie tylko "prosta historia" ale też "historia Straightów".
Mimo to wciąż on pasuje, bo właśnie tym jest ten film - teoretycznie prostą, spokojną historią, która jednak okazuje się niezwykle piękna, wzruszająca i poruszająca kwestie, które zawsze pozostaną ponadczasowe i uniwersalne - miłość, więzi rodzinne i przebaczenie.
Film oparty jest na prawdziwej historii. Głównym bohaterem jest Alvin Straight, starszy mężczyzna, który wiedzie ciche i spokojne życie wraz ze swoją niepełnosprawną córką Rose. Pewnego dnia dowiaduje się, że jego brat Lyle, z którym pokłócił się wiele lat temu jest ciężko chory. Mimo swojego wieku decyduje się wyruszyć w podróż z Iowa do oddalonego 600 kilometrów Wisconsin, by tam pojednać się z bratem. Podróżuje w jedyny sposób, na który może sobie pozwolić - małym traktorem z przyczepą.




Można spokojnie powiedzieć, że jest to film drogi. Przez prawie cały czas Alvin jedzie traktorem zatrzymując się gdzieś co jakiś czas, poznając wiele interesujących osób i odbywając różne ciekawe rozmowy. Dużym plusem tego dzieła są zdjęcia - oglądanie widoków dodatkowo umila nam seans.
Mocną stroną są również postacie - zaczynając od samego Alvina, przez Rose i Lyle'a, kończąc na wielu bohaterach, których spotyka po drodze, nawet jeśli pojawiają się ledwie na jedną czy dwie sceny. Z każdym z nich główny bohater rozmawia na różne tematy, poznajemy ich historię i problemy, a to, co doradza im staruszek możemy czasem porównać do naszego własnego życia.



Postaci nie dałoby się w pełni dobrze wykreować, gdyby nie dobra gra aktorska, która tutaj również pełni istotną rolę.
W Alvina Straighta wciela się Richard Farnsworth, który gra naprawdę wspaniale, a dodatkowo świetnie wyczuwa tego bohatera i doskonale pasuje do tej roli. Jest sympatyczny i ciepły, ufamy mu, a słowa wypowiadane przez Alvina brzmią w jego ustach prawdziwie. To w głównej mierze dzięki temu trafnemu dopasowaniu aktora do roli aż tak bardzo zależy nam na losie tej postaci i chcemy, by ostatecznie wszystko się dla niego ułożyło.
Również świetnie gra Harry Dean Stanton, który zagrał Lyle'a Starighta. Stanton znany m.in. z filmów Lyncha "Twin Peaks: Fire Walk With Me", "Wild at Heart" czy "Inland Empire" oraz z takich produkcji jak kultowy film akcji "Escape from New York", klasyk z Paulem Newmanem "Cool Hand Luke" czy słynny dramat "Zielona mila" jest aktorem naprawdę znakomitym i tutaj jak zawsze spisał się celująco.
Poza tym w filmie możemy zobaczyć świetne kreacje aktorów takich jak Sissy Spacek (znana z "JFK", "Carrie" ) czy Everett McGill ("Miasteczko Twin Peaks", "Wzgórze rozdartych serc" ).




Nie można pominąć tutaj fenomenalnej muzyki stworzonej przez genialnego kompozytora Angelo Badalamentiego, który z Lynchem współpracował już wcześniej przy takich produkcjach jak na przykład "Miasteczko Twin Peaks", "Mulholland Drive", "Zagubiona autostrada" czy "Dzikość serca".



Jest to film przyjemny, wzruszający i piękny. Nie znajdziemy tutaj dużo akcji czy napięcia, wszystko jest wyciszone i powolne. Mamy dużo czasu, żeby zastanowić się nad tym, co widzimy na ekranie i żeby skupić się na akcji i przeżyć ją razem z bohaterem. Znajdzie się też kilka wzruszających momentów, na których można uronić łzę, ale też humor. Ogląda się go naprawdę lekko.
Jest to dzieło, którym Lynch udowadnia, jak dobrym jest reżyserem, który potrafi nakręcić naprawdę dużo.
  • awatar Alex Spring: Zdaje sie, że kiedyś go oglądałam, ale za wiele nie pamiętam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Cześć!
Jestem tu nieobecna, za co bardzo przepraszam, ale jestem aktualnie na wakacjach i nie mam za bardzo internetu.
Obiecuję, że po powrocie będę się starała dodawać wpisy często i nie będę znikać na tyle czasu.
Życzę miłego wieczoru/dnia, no i miłego wypoczynku na wakacjach i do zobaczenia!
 

 
Nowy York w filmach, a szczególnie w blockbusterach czy innych produkcjach, których odbiorcą jest szersza widownia często ukazywany jest jako miasto, w którym nie brakuje możliwości, nadziei na przyszłość i pełne życia i radości. W czasie oglądania takiego filmu z zazdrością obserwujemy bohaterów, którym przyszło żyć w tak wspaniałej okolicy i marzy nam się, by pewnego dnia samemu wybrać się w podróż, której celem będzie Nowy York czy jakiekolwiek inne popularne miasto w Stanach Zjednoczonych.
Wiele filmów jednak funduje nam zgoła inny obraz Nowego Yorku, jego ciemną stronę. Pokazuje, że w nawet w takim mieście w niektórych uliczkach lepiej dwa razy spojrzeć za siebie i przedstawia bohaterów, którzy już dawno stracili nadzieję na lepszą przyszłość i są już wszystkim zwyczajnie zmęczeni.
Takim filmem jest “Bringing Out the Dead”, u nas całkiem trafnie przetłumaczone jako “Ciemna strona miasta”.



“Ciemna strona miasta” z 1999r. jest jednym z mniej znanych filmów jednego z najpopularniejszych działających obecnie reżyserów, Martina Scorsese. Scenariusz napisał Paul Schrader, z którym Scorsese współpracował wcześniej przy dziełach takich jak “Taksówkarz”, “Wściekły byk” i “Ostatnie kuszenie Chrystusa”. “Ciemna strona miasta” przywodzi na myśl właśnie ten pierwszy - mamy tutaj długie przejażdżki samochodem po Nowym Yorku nocą, bohaterów, dla których los nie był łaskawy i którzy pragną na różne, ale pewnie jedyne sobie znane sposoby zmienić, przynajmniej w małym stopniu, świat i bohaterki kobiece, które protagoniści chcą uratować - jednak w ostateczności to one ratują ich.
Z “Taksówkarzem” kojarzą się tu też zdjęcia, oświetlenie czy myśli bohaterów zza kadru, jednak nie jest to absolutnie wada. Film jest do niego podobny, ale nie wychodzi mu to na złe.




Głównym bohaterem jest Frank Pierce, sanitariusz pogotowia ratunkowego, który w nocy jeździ karetką. Męczą go wyrzuty sumienia i myśli o ludziach, których nie udało mu się uratować. Ma zwidy, w których ci, którym nie dał rady pomóc pokazują mu się na każdym kroku i obwiniają go za swoją śmierć. Nie pomagają mu współpracownicy, którzy nie rozumieją jego cierpienia ani nikt bliski, bo zwyczajnie takich osób nie ma. Pomoc nadchodzi dopiero ze strony córki jednego z jego pacjentów, Mary Burke, która stopniowo pomaga mu odzyskać równowagę.




Film jest wspaniale nakręcony. Świetnie wypadają zbliżenia na zmęczoną twarz głównego bohatera, którego rewelacyjnie gra Nicolas Cage. W tych zbliżeniach widać całe jego zmęczenie, cierpienie i ból, co oprócz charakteryzacji w ogromnym stopniu jest zasługą wspaniałej gry Cage’a.
Oprócz niego świetnie gra Patricia Arquette, która tworzy z Mary bohaterkę, która nie jest nam obojętna i po której również widać, że dużo przeszła.
Gdy są na ekranie razem, wyglądają rewelacyjnie. Ujęcia, na których właśnie ta dwójka jest na pierwszym planie wypadają naprawdę dobrze.
Nie gorzej grają role drugoplanowe John Goodman, Ving Rhames i Tom Sizemore, którzy wcielają się w współpracowników Franka.




To film o cierpieniu i bólu, ale też o radzeniu sobie z nim. Doskonale współgrają ze sobą sceny, kiedy Frank jest sam i nie potrafi sobie poradzić ze swoim bólem i kiedy jest z Mary, kiedy jego świat powoli zaczyna wracać do normalności. Podświadomie i my jako widzowie zaczynamy odczuwać pewien spokój, kiedy Frank przystaje na chwilę i nie pędzi już karetką po mieście, a stoi w spokoju i rozmawiając z Mary zdaje się mniej nerwowy.
“Ciemna strona miasta” jest filmem zdecydowanie godnym uwagi, bo porusza kwestie, które nie są nam obojętne i pokazuje bohaterów, w których wierzymy i którym potrafimy naprawdę współczuć.
  • awatar Alex Spring: W każdym zakątku świata jednym żyje się bardzo dobrze , a drugim wręcz odwrotnie, nieważne czy to Nowy Jork, czy Radom :P Wiadomo od lat tv serwuje nam w filmach american dream, więc już przywyklismy do tego obrazu. Niedawno oglądałam ten film rzeczywiście jest godny polecenia.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Uznałam, że może na początek powinnam powiedzieć Wam trochę o sobie. Pozostając w tematyce filmowej wpadłam na pomysł, żeby po prostu wypisać moje ulubione filmy.
Jeśli będziecie chcieli mogę kiedyś zrobić wpis po prostu o mnie, ale jak na razie chyba nie ma się co spieszyć.
No więc, zaczynajmy.
Od razu powiem, że kolejność jest oczywiście przypadkowa. Uwielbiam duużo więcej filmów, ale te, które tu wypiszę to takie najukochańsze.



"Reservoir dogs" - "Wściekłe psy" (1992)
Mój absolutny numer jeden. Kocham ten film najbardziej na świecie. Mogę go oglądać w nieskończoność, jest genialny.
Po pierwsze - reżyseria mojego kochanego Quentina Tarantino. Uwielbiam tego człowieka, naprawdę.
Obsada w tym filmie jest cudowna - Tim Roth, Harvey Keitel, Michael Madsen, Steve Buscemi, Quentin <3
Postacie są wspaniałe. Humor jest świetny. Cała fabuła jest tak bardzo oryginalna, chociaż na pierwszy rzut oka się taka nie wydaje. Zdjęcia i praca kamery to mistrzostwo, szczególnie, że akcja w większości rozgrywa się w jednym pomieszczeniu. Scenariusz - geniusz. I ten wspaniały soundtrack.
Kocham, kocham ten film! ♥



"The Big Lebowski" (1998)
Mój ulubiony film braci Coen i chyba moja ulubiona komedia. Jeff Bridges gra tu genialnie, Dude to jeden z moich ulubionych bohaterów fikcyjnych.
Uwielbiam humor i scenariusz w tym filmie, coś wspaniałego.



"The Godfather" - "Ojciec chrzestny" (1972)
Tu akurat chyba bez zaskoczenia, ale wiadomo - klasyk nad klasyki. Kino gangsterskie, które osobiście uwielbiam, na najwyższym poziomie. Genialny Marlon Brando, genialny Al Pacino, genialny Robert Duvall, genialny James Caan...
Reżyseria Francisa Forda Coppoli - cudo. Muzyka, zdjęcia, wszystko dopięte na ostatni guzik. Scenariusz Mario Puzo i Coppoli wspaniały.
No i jedna z najlepszych ekranizacji, jakie kiedykolwiek powstały, osobiście chyba moja ulubiona.




"Goodfellas" - "Chłopcy z ferajny" (1990)
Skoro już przy kinie gangsterskim jesteśmy, na mojej liście nie może zabraknąć genialnego "Goodfellas". Martin Scorsese również należy do moich ulubionych reżyserów, a to jeden z jego najlepszych filmów. Plus jedna z najlepszych ról Roberta De Niro, a do tego wspaniałe kreacje Raya Liotty i Joe'a Pesci.
Piękne zdjęcia i cudowny scenariusz.



"Pulp Fiction" (1994)
Quentina Tarantino jak już wspomniałam kocham, a więc "Pulp Fiction" nie pominę. Jego najsłynniejszy film i jeden z najlepszych (bo że najlepszy to się nie zgodzę). I znowu - humor, scenariusz, gra aktorska, soundtrack... Genialni Harvey Keitel, Tim Roth, Samuel L. Jackson. I kolejny cholernie oryginalny film, wprowadzający coś nowego do kina gangsterskiego (chociaż w zasadzie trudno przypisać go do jednego gatunku).



"Apocalypse Now" - "Czas Apokalipsy" (1979)
Mój ulubiony film wojenny. I moim zdaniem - absolutnie jedne z najlepszych zdjęć w historii kina. To, co robi tutaj kamera to poezja.
Scenariusz jest genialny, tak jak reżyseria wspomnianego już wcześniej Francisa Forda Coppoli.
Gra aktorska na najwyższym poziomie. Martin Sheen wspaniale prowadzi swoją postać przez cały film i nie traci tego geniuszu ani na chwilę. Robert Duvall kradnie sceny, w których się pojawia, mimo, że nie jest ich zbyt wiele. Marlon Brando, mimo, że moim zdaniem nie dorównuje tej dwójce to jak zawsze pokazuje najwyższą klasę.
Klimat tego filmu jest niesamowity.




"Wild At Heart" - "Dzikość serca" (1990)
Kocham Davida Lyncha i zakochuję się w każdym jego dziele. Moim ulubionym jest chyba "Dzikość serca". Genialna rola pięknej Laury Dern, no i jedna z lepszych, o ile nie najlepsza Nicolasa Cage'a. Do tego bardzo dobrzy Willem Dafoe i Harry Dean Stanton i epizodyczne role Sheryl Lee i Sherilyn Fenn.
Fabuła niby prosta, ale naprawdę fajnie się to ogląda.
No i ten klimat Lyncha - to zawsze jest genialne.



"The Godfather II" - "Ojciec chrzestny II" (1974)
Mimo, że moim zdaniem odrobinę gorszy od pierwszej części, to i tak wspaniały. Gra aktorska tak samo świetna jak w poprzedniej części. Jako kontynuacja fenomenalny. I znowu scenariusz, reżyseria, zdjęcia, muzyka.



"Upadek" - "Falling Down" (1993)
Jak dla mnie chyba najsmutniejszy film, a na pewno jeden z najsmutniejszych. Główny bohater, doskonale zagrany przez doskonałego Michaela Douglasa to jedna z najlepiej wykreowanych filmowych postaci. Fabuła znów niby prosta, a jednak niezwykle oryginalna i stworzona naprawdę inteligentnie i po prostu genialnie.
Scenariusz - mistrzostwo.



"Taxi Driver" - "Taksówkarz" (1976)
Skoro już przy świetnie wykreowanych bohaterach jesteśmy - Travis Bickle. Do tego tak wspaniale zagrany przez genialnego De Niro.
No i znowu reżyseria Martina Scorsese i wspaniałe zdjęcia i scenariusz. Plus Harvey Keitel w jednej z ról drugoplanowych - cudowny ♥



"No Country for Old Men" - "To nie jest kraj dla starych ludzi" (2007)
Kolejna bardzo dobra ekranizacja i kolejny świetny film braci Coen. Gra aktorska również bardzo dobra, tak jak zdjęcia i scenariusz. No i klimat, niezwykle mocna strona tego filmu.






No i obowiązkowo muszę wspomnieć o filmach Marvela, które uwielbiam. Moje ulubione to "Captain America: The Winter Soldier" i "Guardians of the Galaxy vol.2". Marvelem interesuję się już jakoś koło czterech lat, ale chyba te dwa najbardziej mnie zachwyciły. Kapitan za ciekawą fabułę i postacie Brocka Rumlowa i Sama Wilsona, uwielbiam ich. A Strażnicy za wspaniałą reżyserię, humor, zdjęcia i cudownego Kurta Russell jako Ego ♥ Uwielbiam.


No, więc to by było na tyle. Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał. Dajcie znać w komentarzach czy lubicie któryś z tych filmów i jakie należą do Waszych ulubionych!
Miłego dnia!
  • awatar Sophie Newandyke: @Find Your Soul: Oo, jak fajnie! I zgadzam się, zdecydowanie jest godny uwagi.
  • awatar Sophie Newandyke: @Alex Spring: Bardzo dziękuję za miłe słowa :D
  • awatar Alex Spring: Filmy Marvela również uwielbiam <3 Ciekawy blog, chętnie poczytam o filmach i może znajdę coś dla siebie ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Chwilę się zastanawiałam, który film powinnam wybrać na moją pierwszą recenzję na tym blogu, ale po dłuższym wahaniu zdecydowałam się na coś świeżego. Zresztą, trudno mi oceniać stare filmy, bo większość uwielbiam i wpisy na ich temat będą raczej analizami/notkami, niż klasycznymi recenzjami. Ale mniejsza o to - przejdźmy do recenzji.




"Baby Driver" opowiada historię młodego mężczyzny, który przedstawia się jako Baby. Zarabia on na życie będąc kierowcą, jednak nie jest to zbyt typowa praca. Zawozi on przestępców w miejsca, w których mają wykonać robotę, a następnie gwarantuje bezpieczny powrót.
Jak jednak często bywa w fabule tego typu, chłopak chce zerwać z kryminalnym światkiem, a żeby to zrobić, musi wykonać swoją ostatnią robotę.




Co należy zaznaczyć, jest to film sensacyjny i to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie znajdziemy tu raczej filozoficznych rozmyśleń czy wielu szczególnie dramatycznych scen (chociaż i takich kilka się tu znalazło), a pościgi, strzelaniny i mnóstwo akcji. To wychodzi filmowi zdecydowanie na plus.W tej kwestii wszystko jest dopięte na ostatni guzik, a sceny akcji ogląda się niesamowicie..
Scenariusz, napisany przez Edgara Wrighta, który zajął się również rewelacyjną reżyserią jest bardzo dobry. W "Baby Driver" nie brakuje też zabawnych momentów, a bohaterowie w większości są wykreowani bardzo ciekawie.



W ten sposób przechodzimy więc do aktorów. Obsada dobrana została naprawdę fajnie. Ansel Elgort, dotychczas kojarzony z młodzieżowymi produkcjami takimi jak "The Fault in Our Stars" czy "Divergent" gra zaskakująco dobrze, świetnie wyczuwając postać głównego bohatera. Lily James, która wciela się w Deborę, ukochaną Baby'ego jest w tej roli niezwykle urocza i też nie można jej wiele zarzucić. Mi osobiście przywodziła na myśl Mädchen Amick jako Shelly Johnson w "Miasteczku Twin Peaks". Jak zawsze bardzo dobry jest też Kevin Spacey, który wykreował wspaniałego bohatera, który mimo, że początkowo wydaje się dość typową postacią, bardzo ciekawie rozwija się w dalszej części filmu. Oklaski należą się też Jonowi Hammowi i Jamie'mu Foxxowi, których bohaterowie interesująco się dopełniają, a ich charaktery niebanalnie popychają akcję do przodu.
Trochę gorzej wypada Eiza Gonzalez, która dość typową bohaterkę gra dość typowo i bez rewelacji, mimo to udało jej się wpasować w klimat filmu i mimo, że fabuła nic specjalnego na jej bohaterce nie zyskuje, nic też nie traci.
Trochę żal zupełnie niewykorzystanego Jona Bernthala, który pojawia się zaledwie na początku filmu.



Co oczywiście trzeba wspomnieć jako największy atut tego filmu to montaż i muzyka.
Eksperymentowanie z montażem rzadko wychodzi dobrze, a przykładem mogłoby być na przykład "Wall Street. Money Never Sleeps", ale jeśli już wychodzi dobrze... to wychodzi bardzo dobrze, przy czym można by wspomnieć rewelacyjne filmy Guya Ritchie'go takie jak "Przekręt" czy "Porachunki".
"Baby Driver" zdecydowanie na montażu zyskuje. Film prawie w całości jest zmontowany pod muzykę i soundtrack, co jest ciekawym i oryginalnym pomysłem.
Sam soundtrack jest trafnie dobrany do filmu, każda scena z piosenką na pierwszym tle wypada udanie.



Jest to film bardzo dobry, moim zdaniem jak na razie jeden z lepszych tego roku. Zasługuje na uwagę, a szczególnie efektownie wypada w kinie.
Jestem też zakochana w jego plakacie - coś pięknego.

Dziękuję bardzo za przeczytanie i mam nadzieję, że recenzja jest w porządku. Z góry dziękuję za komentarze!
 

 
Cześć!
No więc... pierwszy wpis. Nie jestem w tym jakoś szczególnie dobra, więc napiszę tylko parę słów.
Założyłam tego bloga, bo chciałam mieć gdzie pisać o mojej pasji, jaką są filmy.
Będę tu publikować recenzje, notki na temat różnych filmów, reżyserów, aktorów, czasem jakieś ciekawe newsy, opinie na różne tematy z kinem związane i nie tylko.
Mam ogromną nadzieję, że ten blog wypali i że znajdzie się ktoś zainteresowany czytaniem go.
Nazywam się Zosia, w internecie zwykle posługuję się angielską wersją mojego imienia - Sophie.
Z góry dziękuję za wszelkie obserwacje i komentarze.
Jutro dodam pierwszą recenzję lub jakiś wpis.
Życzę miłego wieczoru!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›